Wczytywanie ...

Moja pisarska historia

Wezwanie do przygody

Rok 2001, wczesne lato. Spędzam wakacje nad morzem, w ustronnym miejscu na zachodzie Polski. Pewnego dnia wybieram się z rodziną na spacer. W końcu zmęczeni postanawiamy odpocząć. Każdy zajmuje się sobą. Okolica jest piękna – pusta plaża upstrzona kolorowymi głazami i wysokie klify, niemal tuż nad wodą. Gdzieniegdzie leżą powalone drzewa. Część z nich spadła z góry, na skutek osunięcia się klifu, inne wyrzuciło morze. Te drzewa mnie kuszą, więc drapuję się na jedno z nich. Nie jest wysoko. Gałąź trzeszczy, nic dziwnego – w końcu jest sucha.

Chwilę potem leżę na piasku, a moje ciało przeszywa paraliżujący ból. Podnoszę głowę i patrzę na lewą nogę. Leży pod nienaturalnie wykrzywionym kątem – odrzucona w bok, bezwładna, jakby oderwana od ciała. Mdleję. Tata biegnie dwa kilometry po piasku do najbliższego ośrodka wczasowego, by wezwać pomoc. Nie mamy telefonów komórkowych, poza tym i tak nie byłoby zasięgu. Mama i siostra zostają ze mną, trzymają mnie za ręce. Czekamy na pomoc. W końcu przylatuje helikopter. Czuję na skórze drobinki morskiej wody poderwanej w górę przez obroty śmigła. Zabierają mnie do szpitala. Uraz jest poważny – złamanie kości udowej z przemieszczeniem. Zostaję skierowana na operację. Kość zostaje poskładana za pomocą specjalnych śrób. To pozwoli mi wrócić do domu i przeczekać niecałe trzy miesiące aż tkanka się zrośnie i będzie można usunąć wkręty.

"Agnieszka w Czarodziejskiej Krainie"

Lato ciągnie się w nieskończoność. Jest słonecznie i gorąco, wręcz upalnie. Ja tymczasem gniję w domu, nie mogąc się ruszać. W pierwszym miesiącu ciężko mi się samej podnieść z łóżka. Później jest już lepiej, ale chodzę o kulach.

Nudzę się i szukam dla siebie zajęcia. Dużo czytam, oglądam telewizję, ale to mi nie wystarczy. Pewnej nocy mam niesamowicie ciekawy sen. Zainspirowana, postanawiam przelać historię ze snu na papier. Nadaję jej tytuł „Agnieszka w Czarodziejskiej Krainie”. Pisanie pomaga mi zapomnieć o złamanej nodze i czekającej mnie kolejnej operacji. Idę z tekstem do szpitala, pokazuję koleżankom z sali. Zachęcają mnie do dalszej pracy nad książką. Pod koniec października wracam do szkoły. Mam do nadrobienia sporo materiału. Wciąga mnie wir życia – zajęcia, nauka, spotkania z koleżankami. Zapominam o książce – za dużo się dzieje, a ja nie mam pomysłu na dalszą fabułę.

Jakiś czas później przyjaciółka podsuwa mi „Harry’ego Pottera” a ja zakochuję się w tym magicznym świecie bez pamięci. Tak zaczyna się moja wielka miłość do fantastyki. Oglądam wszystkie części filmowego „Władcy Pierścieni”, czytam też książki na których podstawie zostały nakręcone. Pochłaniam także pozostałe dzieła Tolkiena, a także C.S. Lewisa, Diany Wynne Jones i inne powieści fantasy, jakie akurat udaje mi się wyszperać w bibliotece. W miarę, jak moja fascynacja się pogłębia, rodzi się we mnie nieodparte pragnienie, by stworzyć swój własny fantastyczny świat. Tak właśnie powstaje „Ailenrok” – kilkutomowa saga fantasy, którą pisałam na przestrzeni kilku lat, przy wtórze muzyki Loreeny McKennit, Nightwish, czy Within Temptation. Rysuję mapy i rozbudowane drzewa geologiczne. Na komputerze kolekcjonuję grafiki ze smokami, elfami i innymi niesamowitymi istotami. Cudownie się przy tym wszystkim bawię, jednocześnie mocno wierząc w to, że moje książki zostaną kiedyś wydane i odniosą komercyjny sukces.

Mapy do "Ailenrok"
Weryfikacja

Na pierwszym roku studiów chłopak podsuwa mi adres forum literackiego „Weryfikatorium”. Zaciekawiona rejestruję się tam i namiętnie przeglądam zawartość strony, chłonąc wiedzę na temat wydawania książek. Wśród członków forum jest kilku doświadczonych pisarzy, trochę debiutantów oraz rzesze podobnych do mnie, aspirujących pisarzy. W końcu ośmielam się i postanawiam „zweryfikować” fragment jednej z moich książek.

„Nie obraź się, ale amatorem czuć na kilometr” – czytam jedną z opinii i zamieram. Dowiaduję się również, że moje dialogi są miejscami sztuczne, prowadzę czytelnika za rączkę, co jest drażniące i robię za dużo wielokropków. Jestem w szoku. Ale jak to?! – myślę. To moje dzieło nie jest jednak genialne? Trochę mi zajmuje pogodzenie się z tym faktem. Kiedy udaje mi się ochłonąć, docierają do mnie bardziej pozytywne fragmenty opinii na temat mojego tekstu. „Całkiem sprawnie napisane”, „tekst był według mnie OK”, „jest nawet dobrze”, „czyta się bardzo przyjemnie”. Wiele osób radzi mi pisać krótsze formy i w ten sposób ćwiczyć warsztat. W każdym razie przesłanie jest jasne: „pisz dalej”. Ponownie wstępuje we mnie motywacja i nadzieja. Zamierzam podjąć wyzwanie i być coraz lepsza.

Poprawiam pierwszy tom „Ailenrok” i rok później wysyłam go do wydawnictw. Siedzę jak na szpilkach, jednak odzew jest bliski zeru. Znów następuje nieprzyjemne zderzenie z rzeczywistością, ale nie poddaję się. Im więcej piszę, tym bardziej dociera do mnie, że jestem dopiero na początku pisarskiej drogi. Muszę się jeszcze sporo nauczyć, wyćwiczyć styl, udoskonalać warsztat. Dociera do mnie, że nigdy nie wydam mojej ukochanej sagi fantasy, a przynajmniej nie w obecnej formie. Jest zwyczajnie za słaba, zarówno pod względem technicznym, jak i merytorycznym. To przykre, ale jednocześnie uwalniające – mogę się zabrać za coś nowego, świeżego. Poza tym sam fakt, że dostrzegam istotne mankamenty własnej twórczości, świadczy o tym, że się rozwijam. Te tysiące napisanych znaków nie poszły na marne – dzięki nim stałam się lepszym twórcą.

Moja najwcześniejsza twórczość - kolejne tomy sagi fantasy pt. "Ailenrok"
Rozkwit

Studia okazuję się być czasem rozkwitu mojej pisarskiej pasji. Zaczynam pracę nad nową książką. Nadaję jej tytuł „Trzy ćwierci do śmierci”, ponieważ opowiada o dziewczynie, która zapadła na tajemniczą, najprawdopodobniej śmiertelną chorobę. To opowieść fantasy, trochę w klimacie baśni, o dojrzewaniu i odkrywaniu wewnętrznej siły. Książka pisze się praktycznie sama – chyba nigdy wcześniej nie czułam takiego flow. Może wynika to po części z tego, że wybrałam narrację pierwszoosobową i piszę trochę o sobie, ubierając własne doświadczenia w metafory. Pomaga mi to odreagować bieżący stres, przepracować różne trudne tematy.

Ledwo kończę książkę i zaraz zabieram się za pisanie opowiadania. To „Martwe myśli” – historia miłosna osadzona w świecie post-apo. Praca nad tekstem zajmuje mi zaledwie cztery dni. Piszę jak w amoku – w domu, na wykładach na uczelni, w pociągu, a nawet w autobusie. Opowiadanie jest bardzo długie – liczy ponad 60 tys. znaków ze spacjami. Pełna nadziei wysyłam tekst na konkurs „Horyzonty wyobraźni”. Organizatorem jest Qfant.pl – niedawno powstały kwartalnik fantastyczno-kryminalny. Niestety moje opowiadanie nie zostaje wybrane. Kolejna gorzka porażka.

Trudno mi się z tym pogodzić, więc piszę do Jacka Skowrońskiego, pisarza, jednego z członków konkursowego jury z prośbą o feedback.

„Najzwyczajniej bardzo mi się podobało.” – czytam i serce zaczyna mi mocniej bić. „Może trochę na zasadzie kontrastu ze sztampą i powielanymi z dziwacznym zapałem schematami. I umiesz pisać! Co mówię niewielu osobom. (…) naprawdę potrafisz trzymać pióro, reszta, wiadomo, jest kwestą gustu, szczęścia i determinacji.”

Czuję, że te słowa dodają mi skrzydeł. Trzymam się ich jak kotwicy, także kilka lat później, kiedy zrobi się ciężko.

Jacek nie tylko dzieli się ze mną swoją opinią o tekście, ale również pomaga mi poprawić opowiadanie. Jestem mu niezmiernie wdzięczna za naukę, feedback i motywację.

„Masz wszystko, czego potrzeba pisarzowi” – słyszę na koniec. „Ładnie mówisz, styl lekki i naturalny, nie unikasz odkrywania się w wielu miejscach, to się czuje. Więc, jak by to ujął Kres – witaj w piekle! Zacznij myśleć o sobie jak o pisarce! Żyj tym, nie bój się mówić po swojemu. Żadnych wprawek i pisania na kolanie. Pisz dla kogoś, do konkretnego magazynu, wydawcy itp. I pamiętaj, pisarz musi mieć twardy tyłek ”.

Biorę sobie te słowa do serca. Zaczynam myśleć o sobie jak o pisarce. Na poważnie. Twardy tyłek już mam – po tylu odmowach i odrzuceniach oraz negatywnych komentarzach pod adresem mojej twórczości nie może być inaczej. W przyszłości okazuje się jednak, że ten tyłek jeszcze się utwardzi 😉 Bądź, co bądź – rok 2010 i „Martwe myśli” to dopiero początek.

Tym razem wysyłam swoje opowiadanie na konkurs Weryfikatorium „Otuleni Natchnieniem”. Z niepokojem kilka razy dziennie loguję się na forum, by sprawdzić, czy są wyniki. Są. Przebiegam wzrokiem listę zwycięzców. Jestem tam. Zajęłam trzecie miejsce. Oczy mi łzawią ze wzruszenia. A więc to prawda. Jednak umiem pisać.

Opowiadanie zostaje opublikowane w numerze specjalnym Qfantu. Nie mogę się na nie napatrzeć.

W Qfancie działa wielu moich znajomych z Weryfikatorium. Poszukują nowej krwi, zwłaszcza recenzentów książek i opowiadań do numerów, więc postanawiam się zgłosić i zostaję przyjęta.

Ilustracja do "Martwych myśli" (autor: Kamil Dolik)

W listopadzie razem z chłopakiem jadę do Lublina na Falkon, na którym ma się odbyć uroczysta gala kolejnej edycji Horyzontów Wyobraźni. Czuję się niesamowicie podekscytowana. Pierwszy raz jestem na konwencie i pierwszy raz mogę spotkać się z osobami, które znam z Weryfikatorium i z działalności w kwartalniku. Na ekranie na scenie wyświetlane są grafiki z różnych numerów Qfantu. Wśród nich są rysunki do „Martwych myśli”. Patrzę na wytwory mojej wyobraźni, tak nagle zmaterializowane i śledzone przez dziesiątki oczu z sali. Nie mogę przestać się uśmiechać. Po gali spotykamy się na after party w jednym z lublińskich lokali. Atmosfera jest niesamowita, a ja czuję się częścią pisarskiej/literackiej społeczności.

“Kąkol”

W międzyczasie zaczynam pracę nad kolejną książką. Jej bohaterami jest troje przyjaciół – czarownica/zielarka, ksiądz i artysta (malarz). Akcja powieści rozgrywa się na przełomie XVI i XVII wieku na terenie dzisiejszej Francji, a jeden z głównych wątków stanowi polowanie na czarownice. Zainspirowana przypowieścią o chwaście, który zostanie spalony w ogniu, nadaję książce tytuł „Kąkol”.

Praca nad powieścią początkowo idzie mi jak po grudzie. Nie mam planu i improwizuję. Podobnie było w przypadku „Trzech ćwierci” i „Martwych myśli”, ale podczas gdy tam szło gładko, tutaj ta strategia się nie sprawdza. Zamiast pisać, chodzę z muzyką na uszach i rozmyślam o książce. Tworzę szkic fabuły i tym razem pisanie rusza do przodu. Rozkręcam się coraz bardziej i daje się do reszty pochłonąć tej historii. W lipcu 2011 roku wyjeżdżam z rodziną na wakacje do Kościeliska. Zabieram ze sobą zeszyty ze spisaną połową „Kąkola”. Rodzice z siostrą chodzą po górach, podczas gdy ja zostaję w pokoju i oddaję się fali natchnienia. Piszę jak szalona – po kilka tysięcy słów dziennie. Książkę kończę w nocy, dzień przed powrotem do domu – w ciasnej łazience, na sedesie – rodzina dawno poszła spać i nalegała na zgaszenie światła. Jestem przeszczęśliwa i zachwycona najnowszym swoim najnowszym dzieckiem.

Tymczasem zostaję zaproszona do wzięcia udziału w inicjatywie Liga Piszących Dżentelmenów. Pomysłodawcą stowarzyszenia jest mój kolega z Weryfikatorium. Prócz niego członkami Ligi zostaje także kilku moich znajomych z forum, czy z Qfantu oraz kilka osób, których wcześniej nie znałam. Planujemy wydać zbiorek opowiadań, którego tematem przewodnim są polskie przysłowia. Na potrzeby antologii piszę tekst pt. „Nie ma róży bez kolców”.

Na początku 2012 roku, będąc na ostatnim roku studiów, wysyłam „Kąkola” do wydawnictw. Naprawdę wierzę w tą książkę, ale niestety scenariusz wygląda tak samo jak do tej pory – żadne z wydawnictw nie zgłasza chęci opublikowania powieści. Popadam w przygnębienie, jednak jesienią postanawiam zawalczyć o książkę i postanawiam przypomnieć się wydawnictwom.

Siedzę w nowej pracy, kiedy przychodzi mail od jednej z redakcji. Drżącą ręką otwieram wiadomość.

„Pani Katarzyno, Pani tekst zainteresował mnie i postanowiłam przesłać go do paru recenzentów. Gdy tylko dostanę ich opinię, skontaktuję się z Panią.”

Mój. Boże. Czy to się dzieje naprawdę?! Przez kolejne tygodnie żyję nadzieją, ale wydawnictwo się nie odzywa. W końcu, po dwóch miesiącach sama postanawiam do nich napisać. Odpowiedź przychodzi dopiero po trzech miesiącach, gdy już powoli zaczynam tracić nadzieję:

„(…) paru osobom spodobała się Pani powieść, ale mamy obawy, że książka o tak małej objętości zginie na półkach księgarskich (…) Pani opowieść jest spójna, ma przemyślaną konstrukcję, ale może uda się Pani rozbudować nieco niektóre sceny?”

„Oczywiście” – odpisuję. Trzy miesiące później odsyłam do redakcji „Kąkola” w wersji 2.0, rozbudowanego o 1/3 objętości. Jestem z tego zadowolona – książka wydaje mi się lepsza, bardziej dopracowana. Z niecierpliwością czekam na dobre wieści ze strony wydawnictwa, ale czas płynie, a ja ponownie nie dostaję żadnej odpowiedzi. W końcu postanawiam zadzwonić do redakcji.

“Wie Pani co, tutaj nawet nie chodzi o to, że czegoś tej książce brakuje, albo że nam się nie podoba, tylko o to, że póki co musieliśmy wstrzymać wydawanie beletrystyki…” – słyszę i czuję ciężar w żołądku. A więc znowu kicha.

Kryzys

Rok 2013 jest dla mnie bardzo trudny. Porażka „Kąkola” zbiega się w czasie z fiaskiem naszej dżentelmeńskiej antologii, która ostatecznie nie zostaje wydana.

W międzyczasie wychodzę za mąż i przeprowadzam się do własnego mieszkania, co jest dla mnie w równym stopniu powodem do radości, jak i źródłem olbrzymiego stresu. Na jesień zaczynam poważnie chorować. Niestety problemy zdrowotne ciągną się przez kilka kolejnych lat. Do tego dochodzą kłopoty zawodowe i osobiste. Wszystko to razem powoduje, że przestaję pisać. Nie oznacza to bynajmniej, że nie mam na to ochoty – przez trzy lata podejmuję kilka prób powrotu do pióra, bezskutecznie. Dopada mnie syndrom białej kartki. Próbuję pisać, ale wszystko, co udaje mi się stworzyć wydaje mi się beznadziejne. Zaczynam wierzyć, że straciłam talent, że zapomniałam już jak to się robi…

Z ratunkiem przychodzi mi „Droga Artysty” Julii Cameron. Sięgam po nią w drugiej połowie 2016 roku. Jest to 12-tygodniowy program uzdrawiania swojej kreatywnej części i powrotu do twórczości. Nie jestem nawet w połowie, kiedy rzeczywiście wracam do pisania. Nadal czuję się jednak bardzo niepewnie, dlatego postanawiam zacząć od czegoś znajomego. Sięgam po zapomniane „Trzy ćwierci do śmierci”. Teraz, z perspektywy kilku lat mam do tego tekstu sporo obiekcji. Postanawiam gruntownie przeredagować książkę, co w praktyce kończy się napisaniem większości od nowa.

Powrót

Zaczynam w grudniu, tuż przed świętami. Dzień przed Wigilią mam wolne i cały dzień pracuję nad książką. Pada śnieg, a ja niemal płaczę ze wzruszenia. Tak bardzo mi tego brakowało.

Praca nad powieścią zajmuje mi prawie trzy lata. Pierwszy draft kończę dopiero w listopadzie 2019 roku. Ma na to wpływ kilka ważnych wydarzeń, przede wszystkim reaktywacja „Kąkola” 😉

W lipcu 2018 roku krótko po swoich trzydziestych urodzinach uświadamiam sobie, że od pierwszej próby wydania „Kąkola” minęło przeszło sześć lat. Myślę więc, że co nieco mogło się w tym czasie zmienić na rynku. Z radością odkrywam, że sporo wydawnictw przegapiłam, więc niezwłocznie wysyłam do nich maszynopis.

Krok dalej

W pewien listopadowy piątek wybieram się w odwiedziny na uczelnię. Będąc tam, dostaję wiadomość o śmierci kogoś z rodziny. Jestem wstrząśnięta. Mam ochotę natychmiast wracać do domu, żeby jakoś przetrawić tą informację i ochłonąć. Wsiadam do samochodu i jadę do Gliwic, pełna smutnych myśli. Na szczęście warunki na drodze są dobre – dzień jest bardzo zimny, ale słoneczny. Jestem niemal pod domem, kiedy dzwoni telefon. Nieznany numer. Coś mi mówi, że powinnam odebrać. Zjeżdżam na wolne miejsce parkingowe przy drodze i „podnoszę słuchawkę”. Dzwoni wydawnictwo. Wydawnictwo Attyka. Pan Jacek mówi, że „Kąkol” mu się spodobał i pyta, czy nadal jestem zainteresowana wydaniem. Przez chwilę milczę, próbując przetrawić to, co słyszę. „Tak, oczywiście” – odpowiadam w końcu łamiącym się głosem.

Kolejne pół roku wypełnione jest intensywną pracą nad książką. Attyka to niewielkie, dość niszowe wydawnictwo, które zajmuje się głównie publikacją książek historycznych. Współpraca z panem Jackiem układa się dobrze, ale mimo to zżera mnie stres. Zaczyna do mnie docierać, że moja twórczość będzie miała okazję trafić do szerszego grona odbiorców, a co za tym idzie zostanie w jakiś sposób przez nich oceniona. Tak bardzo chciałam tej publikacji, byłam przekonana, że jestem na to gotowa. Tymczasem okazuje się, że to dla mnie ogromnie trudny proces.

Książka ma mieć premierę we wtorek 21 maja 2019 roku. Dzień wcześniej, w poniedziałek przychodzą do mnie pocztą egzemplarze autorskie. Rzucam się na paczkę, drącymi rękami zrywam taśmy zabezpieczające. Jest! Biorę ją do rąk, otwieram i wącham. Nie mogę przestać się uśmiechać. Mam ochotę świętować. Nie mogąc doczekać się wtorku, więc już w poniedziałek ogłaszam światu radosną nowinę. Pozytywny odzew z jakim się spotykam ze strony moich znajomych jest niesamowity, a ja do tej pory czuję wdzięczność za ten cudowny wieczór – nigdy go nie zapomnę!

Na pierwsze recenzje czekam jak na ścięcie. Na szczęście są całkiem niezłe, więc oddycham z ulgą. Poza tym dociera do mnie, że odbiór książki zależy przede wszystkim od czytelnika, na co nie mam żadnego wpływu.

Kolejnym wyzwaniem jest promocja książki. Robię, ile mogę, z doświadczeniem jakie w tym momencie mam (czyli praktycznie zerowym) i wiele się uczę. Wiem, że następnym razem zrobię dużo więcej i lepiej. Mimo wszystko udaje się sprzedać większość nakładu, z czego jestem bardzo zadowolona.

🌑🌒🌓🌔🌕

Przeszłam długą drogę do miejsca, w którym obecnie jestem – była to droga pełna wzlotów i upadków, pełna radości, ale i stresu. Miałam blokadę pisarską, ale udało mi się ją pokonać i od tej pory regularnie piszę pomimo ogromu pracy i obowiązków (w tej chwili nową powieść pt. „Przesilenie”). Czuję, że nieustannie się rozwijam, uczę i szlifuję swój warsztat. I jestem wdzięczna za te wszystkie doświadczenia i cudownych ludzi, którzy pomogli mi zostać pisarką i wspierać innych pisarzy w ich własnej drodze ❤

Do podzielenia się własną historią zainspirowało mnie moje spotkanie autorskie, które zostało zorganizowane w październiku br. przez forum literackie Weryfikatorium. Z prowadzącym – Marcinem Doleckim rozmawiałam m.in. o moich zwyczajach pisarskich, o tym jakie motywy najbardziej lubię w literaturze i których pisarzy najbardziej cenię, jakie są moje plany literackie oraz o tym jak wyglądał research do „Kąkola”. Zapraszam serdecznie do obejrzenia nagrania 😊 :

„Kąkol” to moja propozycja dla miłośników książek o czarownicach i historycznych romansów z nutką fantastyki.

“Jest to też książka o sile uczuć, o tym, jak zmienia nas czas i wpływ otoczenia, jak trudno być sobą w opresyjnej społeczności i jaką płacimy za to cenę.”
Anna Traut-Seliga

Dodaj komentarz